Kochana Mamo,
dziś po raz setny przeczytałam list, który dałaś mi kilka dni przed Twoim odejściem... Chyba żadne ze słów nie powtarza się w nim tak często jak słowo "kocham". Teraz zdaję sobie sprawę, że pisałaś je tak łapczywie, tak mocno, jakby każde z tych słów mogło być Twoim ostatnim "kocham".
Jest mi ciężko. Minęło już 14 miesięcy, a do mnie to dopiero dotarło. Teraz, kiedy okres rocznej żałoby minął - dopiero wiem, że Ciebie tu nie ma. Po prostu. Nie ma.
Śpię i płaczę na przemian. W mojej głowie obrazy Naszej walki. Godziny w kolejkach na Hirszfelda, wspólne jazdy na badania, karetka do hospicjum i moja wariacka jazda autem za nią. Pamiętam jak się wtedy przejęłaś, że zamiast pójść na zajęcia przyjechałam do Ciebie. Kochana Mama... Nie przejmowałaś się swoim bólem, tylko tym, że z powodu jednodniowej nieobecności na uczelni będę mieć jakieś problemy. Każdego dnia zaciskałam zęby, żeby Ci pokazać, że jestem silna, że możesz się nie bać, bo damy sobie radę. Wchodziłam wtedy do sali z uśmiechem od ucha do ucha i pytałam, czy zmienić Ci pościel na jakąś weselszą.
Teraz wiem, że z mojej siły niewiele zostało. Bo jestem słaba i mała. Jak pięcioletnia dziewczynka, która zgubiła się w sklepie i za nic nie może odnaleźć swojej Mamy. W takich przypadkach zawsze znajdzie się ktoś dorosły, kto pomoże dziecku odnaleźć rodzica, albo odprowadzi do punktu informacyjnego.
Ale kto i gdzie mógłby zaprowadzić niemal 24-letnią kobietę? Do konfesjonału ze słowami "już czas żebyś pogodziła się z Bogiem"? Czy może do pomieszczenia oklejonego plakatami z napisem "nie smuć się, weź się w garść"? Albo do psychologa, który powie, że to normalne, że mam dać upust emocjom bo potem będę cierpieć na depresję?
Gdzie mam iść Mamo?